Przeskocz do treści

Dorota Bregin: Ktoś przyniesie ciasto, ktoś nazbiera kasztanów. Różnice finansowe mogą mieć mniejsze znaczenie.

Zapraszamy do lektury wywiadu z Dorotą Bregin, trenerką pracującą z gminami wiejskimi przy wypracowywaniu gminnych strategii wyrównywania szans edukacyjnych w ramach działań Fundacji Komeńskiego, członkinią Towarzystwa Edukacji Antydyskryminacyjnej (TEA).

 

Marta Rawłuszko: Pieniądze to jedyna bariera w uzyskaniu wykształcenia w Polsce?

Dorota Bregin: Dostęp do edukacji nie jest związany wyłącznie z poziomem zamożności, ale również z miejscem zamieszkania. To kwestia tego, gdzie znajdują się placówki edukacyjne oraz jakie placówki uznawane są za dobre. Z perspektywy wsi wygląda to tak, że im wyższy poziom edukacji, tym dalej trzeba jechać, aby się uczyć. Jest to wyraźny trend, który zależy od tego, gdzie realnie znajdują się szkoły oraz jakie są opinie na temat ich poziomu. Podstawówka i gimnazjum najczęściej są w gminie, ale jeśli obok jest duże miasto, to część rodziców będzie wozić dzieci do tego miasta. Niekoniecznie musi to wynikać z tego, że szkoła w mieście jest realnie dobra, ale z tego, że uznaje się ją za lepszą. Ludzie uważają, że ich szkoła musi być słabsza, bo jest w małej gminie lub w małej miejscowości. To może działać na zasadzie samospełniającej się przepowiedni.

Ludzie, którym zależy na edukacji dzieci, wysyłają je do większych ośrodków miejskich, a to nie pozostaje to bez wpływu na to, kto zostaje w szkołach bliżej ich miejsca zamieszkania i jak te szkoły funkcjonują.

Tak. To jest widoczny trend na wsiach i w małych miasteczkach. Jeśli jest tylko taka możliwość np. na poziomie szkoły średniej, osoby z małych miasteczek wyjeżdżają do większych miejscowości. Szkoły i rodzice wydają pieniądze, aby dzieci mogły pojechać do miasta, bo tam jest lepiej, ładniej, atrakcyjniej.

Problem równego dostępu do edukacji leży jednak już na etapie edukacji przedszkolnej. Wiele badań podkreśla, że dla dzieci pochodzących z rodzin gorzej sytuowanych, w których rodzice mają niższe wykształcenie czy mniejsze zasoby symboliczne, kluczowy jest jak najwcześniejszy kontakt z innymi rówieśnikami oraz instytucjami edukacyjnymi. Jak to wygląda w gminach, które znasz?

Coraz więcej gmin wiejskich stara się otwierać przedszkola. Wątek wyrównywania szans, wspierania dzieci z rodzin uboższych, z mniejszym potencjałem edukacyjnym, pojawił się też w dyskusjach na temat obniżenia wieku szkolnego. Rzadko słychać głos, że rozwiązaniem niekoniecznie jest obniżenie wieku, w którym dziecko idzie do szkoły, lecz raczej uruchomienie subwencji centralnej na przedszkola.

Problemem są więc przede wszystkim finanse?

Nie tylko. Cały czas pokutuje przekonanie, że dzieci do przedszkola nie muszą chodzić, że przedszkole jest dla rodziców, którzy pracują. Dlatego też w części gmin przedszkoli po prostu nie ma lub jest jedno samorządowe na całą gminę, które ma na przykład 50 miejsc. W gminach, w których pracowałam rodzi się mniej więcej 70-100 dzieci rocznie. Jeśli w przedszkolu jest 50 miejsc, to jest to zaledwie połowa jednego rocznika.

Rozwiązaniem jest zwiększenie liczby miejsc czy raczej przedszkoli?

Kiedyś było tak, że mogły istnieć tylko duże, publiczne przedszkola. W sierpniu 2010 roku zostało wydane rozporządzenie MEN dotyczące „innych form wychowania przedszkolnego”. Po tej zmianie  umożliwiono otwieranie małych punktów przedszkolnych i zespołów wychowania przedszkolnego. To umożliwia uruchamianie zespołów, w których edukacja przedszkolna jest prowadzona tylko w niektóre dni tygodnia, minimalnie przez 12 godzin tygodniowo). Dzięki temu głównie na wsiach możliwe jest zakładanie małych placówek już dla trójki dzieci. To miejsca prowadzone przykładowo w ramach własnej działalności gospodarczej przez nauczycielki lub przez osobę zatrudnioną przez gminę. Czasem przedszkola zakładają rodzice, tworząc stowarzyszenia, które formalnie realizują to zadanie. Te małe przedszkola są na wsiach bardzo ważne dla zapewnienia dzieciom lepszego dostępu do edukacji i świetnie, że powstają.

Od czego to zależy?

Jeśli w gminie są zdeterminowani rodzice i władze, którym zależy, to te miejsca powstaną. To nie jest kwestia pieniędzy. W mniejszych czy uboższych gminach, w których władze decydują, że ma powstać przedszkole, pieniądze się znajdują, przedszkola są i większość dzieci ma do nich dostęp. To się może wydarzyć wtedy, kiedy władze uznają to za priorytet. Wiadomo, że wiele gmin nie ma pieniędzy i często największa część budżetu idzie na edukację, co oznacza, że na inne wydatki już nie starcza pieniędzy. Może być tak, że dzieci mają przedszkole, ale rodzice, którzy odprowadzają czy odwożą dzieci do przedszkola poruszają się po bardzo niebezpiecznej drodze bez chodnika. Wiem, że to jest duży kłopot jeśli chodzi o finanse, ale gminy czasem szukają wymówki, aby się edukacją nie zajmować, bo chcą inwestować w infrastrukturę. To ona jest bardziej widoczna, ją też doceniają wyborcy

I wtedy jest to jedno gminne przedszkole na 50 miejsc?

Tak.

Różnice w dostępie do opieki przedszkolnej między miastem a wsią widać nie tylko w odniesieniu do kwestii, czy dzieci chodzą do przedszkola, ale też, ile czasu w nim spędzają.

Gmina płaci za 5 godzin opieki dziennie. To jest czas, za który nie płacą rodzice.

Co myślisz o tym limicie? Od 9:00 do 14:00 i co dalej?

Dla dzieci w rodzinach, w których jedno z rodziców nie pracuje poza domem, a to jest sytuacja dość częstą na wsi, to jest czas, który w zupełności wystarcza jeżeli chodzi o rozwój edukacyjny i społeczny dziecka.

Kontakt z rówieśnikami, nadgonienie czegoś?

Tak, to jest w zupełności wystarczające. Natomiast, z perspektywy rodziców, którzy chcą pójść do pracy zawodowej, i to się tyczy głównie kobiet, to jest nadal kłopot. Praca na wsi to jest często praca do której trzeba dojechać, i której nie ma akurat w godzinach od 9:00 do 14:00.

Co z dziećmi ze specjalnymi potrzebami?

Bardzo duże wyzwanie. Pracowałam z gminą, w której mieszka dwóch chłopców z zespołem Downa i których rodzice dwa lata walczyli o otwarcie klasy integracyjnej i była to pierwsza klasa integracyjna w szkole podstawowej w ich regionie. Nie znam też gminy, w której rodzice czy szkoły powiedziałyby „mamy wystarczające wsparcie specjalistów”. To dość częsta sytuacja, że jest jedna psycholożka na całą gminę.

Jak lokalne strategie edukacji, nad którymi pracowałaś w małych samorządach, odpowiadają na takie problemy?

Strategie są ciekawym narzędziem wtedy, gdy wypracowywane są partycypacyjnie. Chodzi o proces, który trwa około pół roku. Dokument, który powstaje na koniec nie jest najważniejszy, ważny jest proces spotkania się osób, których interesuje edukacja. Czasem jest tak, że w szerokim gronie osób z różnych instytucji ludzie spotykają się po raz pierwszy. Znają się, ale nigdy wcześniej nie usiedli do wspólnego stołu aby porozmawiać o wspieraniu rozwoju dzieci.

Kto bierze udział w spotkaniach?

Same szkoły, nauczyciele, nauczycielki i rodzice, ale też pomoc społeczna, lokalne instytucje kultury, biblioteki, organizacje pozarządowe, poradnie pedagogiczno-psychologiczne, policja. Czasem gminy decydują się pisać te strategie dla dzieci w różnym wieku, też dla tych najmłodszych. Wówczas mogą pojawić się na spotkaniach pielęgniarki czy położne. Na takich spotkaniach pojawiali się też księża.

Co jest celem?

Celem jest rozmowa o tym, jaka jest sytuacja edukacji w gminie i w którym kierunku ją rozwijać, co powinno być strategicznym celem dla działań w edukacji. Na początek robimy diagnozę, zastanawiamy się, co nam się wydaje, że jest problemem i razem konstruujemy proste narzędzia badawcze. Następnie, w całkiem amatorski sposób robimy badania. Ludzie z gminy mają miesiąc czy półtora na to, by zrobić wywiady, obserwacje, czasem ankiety i analizę różnych dokumentów. Zawsze stawiam duży nacisk na to, aby zauważyć różne grupy dzieci - też takie, które mają dodatkowe potrzeby edukacyjne i takie dzieci, które mają utrudniony dostęp do edukacji. Są dzieci, które mieszkają w miejscowości gminnej i mają 5 minut na piechotę czy kilka minut na rowerze do szkoły, i są dzieci, które mają 10 kilometrów lub więcej. Znam chłopca, który, aby dojechać do gimnazjum musiał wstać o 5 rano, bo o 6 rano odbierał go autobus, który później przez godzinę jechał przez całą gminę, żeby pozbierać wszystkie dzieci. Do domu wracał nie wcześniej niż o 15:00, 16:00, bo znowu, po zakończeniu lekcji autobus wszystkie dzieci musiał rozwieźć, a jego dom był na końcu trasy.

Czasem rozkład jazdy gimbusa uniemożliwia dzieciom dojeżdżającym korzystanie z oferty zajęć dodatkowych. One jadą do domu, a inne dzieci rozpoczynają zajęcia.

Tak. Szkoły starają się dopasowywać to tak, aby ten problem się nie pojawiał, ale znam też placówki, które nie robią w ogóle dodatkowych zajęć i w ten sposób to załatwiają. Dopasowanie autobusu jest trudniejsze niż rezygnacja z dodatkowej oferty.

Zupełnie rezygnują?

Tak. Jest to pewnym absurdem, ponieważ często autobusy obsługują firmy prywatne działające na zlecenie samorządu. Dopasowanie godzin wydaje się być czymś bardzo prostym, a jednak nie jest, np. dlatego, że firma ma jeden autobus i on musi pojechać w dwie strony. Odwozi pierwszą cześć dzieci, wraca do szkoły i jedzie w drugą stronę z innymi dziećmi.

Wróćmy do strategii, czy praca nad nią, diagnoza, rozmowy są w stanie odpowiedzieć na taki problem?

Zazwyczaj jest tak, że na kolejnych spotkaniach dotyczących strategii zaczynają być widoczne dzieci, których dotyczy problem z dojazdami, bo mieszkają na wsi lub pojawia się temat dzieci z niepełnosprawnościami. Osoby zaczynają dostrzegać różnorodność uczniów, ich różne potrzeby. Staram się mocno pracować na zasobach lokalnych, doceniać to, co gminy mają już u siebie, walczyć z przekonaniem, że lepsza edukacja jest zawsze w mieście. Zastanawiamy się więc, co lokalnie jest ciekawego i dobrego, z czego można edukacyjnie korzystać. Tutaj też rozmawiamy o tym, jak sprawiedliwie dystrybuować te zasoby. W przypadku dzieci dojeżdżających do szkół, to jest np. pytanie, czy nawet jeśli te dzieci wracają wcześniej gimbusem do domu, czy u nich na miejscu, w wiejskiej świetlicy można zorganizować coś ciekawego. Dla mnie kluczowe jest to, aby ludzie z różnych instytucji zaczęli ze sobą na ten temat rozmawiać.

Co z dziećmi biednymi?

Na wsi dużo rodzin korzysta z pomocy społecznej. Odsetek jest różny, ale są takie gminy, w których połowa lub nawet więcej rodzin otrzymuje takie wsparcie. Ogromnym wyzwaniem jest stereotyp, że osoby biedne to te, które piją lub biją, albo i to i to oraz stygmatyzacja tych dzieci. W szkole pani przychodzi i krzyczy „to są drożdżówki dla dzieci z opieki”. Albo są dwa rodzaje obiadów.

Albo są wydawane o różnych porach lub w dwóch różnych stołówkach.

Tak.

Widzisz szanse na zmianę takich praktyk?

Ludzie są przyzwyczajeni, że tak jest. Nie kojarzę żadnej sytuacji, aby ktoś sam z siebie zaczął o tym mówić. Jak zaczynam o to pytać, to wtedy ten wątek się pojawia, ale to jest kwestia pewnej wrażliwości, dostrzeżenia, że to jest problem. To jest sprawa, którą ludzie zajmą się na samym końcu, ponieważ uznają, że inne problemy są bardziej palące. Pomoc społeczna jest rodzinom bardzo potrzebna, więc boją się ją stracić, na różne sposoby pilnują tego wsparcia. Sposób, w jakim pomoc jest udzielana pozostaje na drugim planie.

Ważny jest fakt, że wszystkie dzieci mają posiłek, a mniej ważne to, w jakiej formie i gdzie?

Tak. W lokalnych diagnozach pojawiają się sformułowania, że pomoc społeczna stygmatyzuje, ale mało jest refleksji na temat tego, że sposób, w jaki organizowana jest pomoc ma duży wpływ na samopoczucie dzieci.

Czy można odpuścić organizację posiłków i zacząć zmianę od czegoś innego?

Ważne jest, aby szkoła i pomoc społeczna współpracowały ze sobą i podejmowały działania integracyjne skierowane do wszystkich rodzin i dzieci. Pomoc społeczna to jest instytucja, która jest postrzegana jako ta, która ma za zadanie rozdzielać zasiłki. To są niby pracownicy socjalni, ale w gminie na 5 tysięcy ludzi to mogą być 3 osoby, które realnie nie są w stanie wykonać tego, co jest faktycznie jest pracą socjalną. Ten problem ma też charakter systemowy bo osoby pracujące w pomocy społecznej są obciążone dużą ilością „papierologii”, którą muszą się zajmować. Brakuje im czasu na pracę z rodzinami.  Świetnym rozwiązaniem jest zatrudnianie asystentów rodziny, ale póki co w gminach spotykam po jednej takiej osobie na całą gminę a asystent może wspierać maksymalnie 20 rodzin – to znów kropla w morzu potrzeb. Dla zmiany sytuacji kluczowa jest większa integracja społeczna i solidarność, a więc również otwarcie OPS na inne instytucje, na szerszą współpracę, na robienie rzeczy razem. Akurat współpraca między instytucjami to jest jedna z rzeczy, które dzięki pracy nad strategiami, najczęściej się udają.

Jaką rolę odgrywają tutaj szkoły?

Szkoły wolą rozmawiać z rodzicami, którzy są lepiej wykształceni i kolokwialnie mówiąc, bardziej ogarnięci, którzy przychodzą do szkoły na każde zebranie. Gorzej z kontaktem z rodzicami, którzy z trudem zapewniają podstawowy byt i nie mają już zasobów, by zajmować się edukacją dzieci, szkołą. Szkole łatwiej jest tych rodziców odpuścić i kontaktować się tylko z tymi, którzy „ogarniają” sytuację. Ważna jest zmiana tego stanu rzeczy. Szkoły mogą organizować wydarzenia, typu festyn, jasełka czy wigilia tak, aby każde dziecko czy rodzina mogły partycypować w takim zakresie, jaki jest dla nich możliwy. Nie trzeba piec ciasta, można przyjść i pomóc w udekorowaniu sali. Nie trzeba nic kupować, może łatwiej oddać trochę swojego czasu. Tutaj jednak znowu potrzebna jest zmiana nastawienia. Na spotkaniach często słyszę, że „rodzice nie chcą sobie dać pomóc”, „szkoła robi wszystko, co możliwe, ale to rodzice są problemem”.

Problemy dzieci nie są rozwiązywane, bo dorosłym trudno się dogadać.

Tak. Integracja osób dorosłych to duże wyzwanie. Można jednak wpierw integrować dzieci, a dopiero później dorosłych. Warto zacząć zanim dziecko pójdzie do szkoły. W Fundacji Komeńskiego cały czas promujemy ideę lokalnych grup zabawowych. Wspieramy i szkolimy animatorki lokalne, aby robiły krótkie spotkania dla mam, ojców, babć czy dziadków, generalnie, dla osób, które opiekują się dzieckiem. To są spotkania 2-3 godzinne, które odbywają się raz w tygodniu. Celem jest wspieranie wczesnego rozwoju dzieci i spotkanie rodzin z małymi dziećmi, pokazanie, że są inne rodzinny, inne małe dzieci, może też podobne problemy i wyzwania. Grupy zabawowe mają przełamać samotność osób, które mają małe dzieci, połączenie rodzin, zbudowanie grupy, które może dawać sobie wsparcie. Dzięki grupie zabawowej dzieci są już zaznajomione z pewnym sposobem funkcjonowania, łatwiej im jest później w przedszkolu. Łatwiej jest też rodzicom, ponieważ znają się z innymi rodzicami. Przy grupach zabawowych, bardzo też pilnujemy, aby były robione jak najmniejszym kosztem. To może być spotkanie w świetlicy wiejskiej, starej szkole, czasem to salka przy kościele lub rodzice spotykają się po domach. Tam jest tylko herbata, a dzieci bawią się kartonami czy rzeczami przyniesionymi z lasu. Mają może jedną lub dwie gry do dyspozycji, kilka zabawek, ale i tak to nie ma wielkiego znaczenia. Ważne jest spotkanie, radość z zabawy. Rodziny można integrować bez wielkiego wysiłku finansowego. W podobny sposób można też animować działania przedszkola lub szkoły – tak, aby wszystkie rodziny czuły się zaproszone. Ktoś może przynieść ciasto, a ktoś nazbiera kasztanów do zabawy. Różnice finansowe mogą mieć mniejsze znaczenie. W niektórych gminach organizuje się też wymienialnie ubrań i zabawek dla małych dzieci i rodziny przynoszą to, co nie jest im potrzebne, a inne mogą z tego korzystać. Znam społeczności, gdzie to się zaczyna, jak dzieci są malutkie, jeszcze przed przedszkolem. I to realnie się przekłada na to, jaka jest atmosfera w danej społeczności. Ludzie są bardziej otwarci, zżyci, bo robią coś razem.

Co jest potrzebne, aby rozpocząć taki proces?

Jeżeli chodzi o przygotowanie strategii, a więc wspólną rozmowę o edukacji, świetnie, jeżeli są lokalne i aktywne organizacje pozarządowe. Lokalne, a więc takie, w których są ludzie mieszkający na miejscu i zainteresowani tematem. Czasami takie organizacje podejmują się moderowania takiego procesu. Znam też dwie gminy, w których robią to urzędniczki gminne, w ramach swojego etatu. Są aktywne w swojej społeczności, mają pracę i wynagrodzenie, a więc też zabezpieczony byt, i animują swoją społeczność lokalną. Pracując w urzędzie gminy, mają poważanie, dostęp do różnych informacji itp. i potrafią z tego efektywnie korzystać.

Nauczyciele?

Czasami też. Ważne, żeby była to osoba z wrażliwością na różnice społeczne, wrażliwością antydyskryminacyjną, żeby umiała podjąć refleksję nad swoim statusem ekonomicznym i społecznym. Świetnie, jeśli takie osoby są w lokalnej „elicie” tych, którzy mają wpływ – pracują w gminie, urzędzie czy szkole.

Coś jeszcze?

Dla mnie jedną z ważnych konkluzji, która wyłania się z tych spotkań jest, aby jak najwięcej patrzeć na to, co jest dostępne lokalnie i nie skupiać się na jakimś mitycznym mieście, daleko stąd, gdzie jest lepiej, więcej, ciekawiej niż na wsi.

Poradzenie sobie z uprzedzeniami wobec wsi?

Tak. Polemika z przekonaniem, że wieś to coś gorszego. Przezwyciężanie tego przekonania jest niezwykle istotne.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Teksty w dziale "Opinie" powstają w ramach projektu "Edukacja antydyskryminacyjna - sprawdzam! wspieram!", realizowanego w ramach programu Obywatele dla Demokracji, finansowanego z Funduszy EOG.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *